Relacja z Rozstajów
W niedzielę, 27 lipca, zakończył się dziesiąty już festiwal Rozstaje. Tegoroczna edycja zawierała spektakularne, widowiskowe akcenty, ale też (a może przede wszystkim) oferowała słuchaczom bliskie i kameralne spotkania z muzyką osadzoną w brzmieniach tradycyjnych. Mniej niż w zeszłych latach było natomiast wydarzeń okołofestiwalowych – zabrakło projekcji filmowych, odbyło się tylko jedno spotkanie warsztatowe.
Niestety nie udało mi się dotrzeć na piątkowy koncert jednego instrumentu, podczas którego zagrali kolejno Mohammada Rasooli i Jarosław Bester. Dla mnie festiwal zaczął się w sobotę od warsztatów tańców wołoskich prowadzonych przez Novicę Radulovica. Do tańca przygrywali Slobodan Markovic i jego młody uczeń Petar Todorovic. Niespodziewanie do akompaniowania tancerzom przyłączył się też Jacek Hałas. Tańce w kręgu były bardzo ciekawe i niezbyt forsowne (co biorąc pod uwagę wysoką temperaturę w Rotundzie nie było bez znaczenia), za to momentami trochę skomplikowane. Ogólnie muzycy okazali się bardzo sympatyczni i widać było, że ich nie przyszli po to, żeby zagrać swoje i odejść, ale prowadzenie warsztatów faktycznie sprawiało im frajdę.
Po warsztatach godzinka przerwy i plenerowy koncert na Rynku Głównym. Zaczęła Kapela ze Wsi Warszawa – chyba najszerzej rozpoznawalny zespół wywodzący się ze środowiska folkowego. Chociaż ich muzyka daleko odbiegła od źródeł, z których grupa czerpie (czyli tradycyjnej muzyki nizinnej), mam wrażenie, że Kapela wydobywa z brzmień tradycyjnych to, co w nich najważniejsze. Dało się też wyczuć doświadczenie sceniczne, umiejętność budowania napięcia, kontaktu z publicznością. Szkoda tylko, że niewiele było nowego materiału (zespół ponoć jeszcze w tym roku ma wydać nową płytę). Z rzeczy nowych był tylko utwór do tekstu… Ryszarda „Tymona” Tymańskiego oraz utwór na bis zagrany na nutę lekko „indiańską”. Poza tym głównie przeboje z poprzednich płyt, m.in. „Cztery konie”, „W boru kalinka” czy „Żurawie”.
Po Warszawiakach na scenie pojawił się grający na fletni Pana Gheorghe Zamfir w towarzystwie Orkiestry Akademii Beethovenovskiej. Chylę czoła przed organizatorami, że udało im się tak duże i trudne pod względem logistycznym i technicznym przedsięwzięcie, ale sama muzyka nie przypadła mi do gustu. Chyba wolałbym posłuchać fletni Pana na koncercie jednego instrumentu. Orkiestra powodowała, że słyszeliśmy raczej monumentalną, ale w gruncie rzeczy pustą muzykę filmową. Przyznam z ręką na sercu, że po paru utworach opuściłem rynek. Potem wróciłem na ostatnie pół godzinki z recenzenckiego obowiązku. Widziałem, że wielu stałych bywalców Rozstajów też opuszczało widownię. Chyba po prostu był to koncert dla nieco innej publiczności.
Wieczorem odbył się koncert, który dla mnie był najważniejszym punktem programu – koncert pieśni epickich. Kolejno wystąpili Jacek Hałas, Slobodan Markovic i Tim Eriksen. Jacek zaśpiewałkilka pieśni dziadowskich, głównie z płyty „Zegar bije”. Mimo, że repertuar do najłatwiejszego nie należy, Jacek potrafił umiejętnie go „sprzedać” ubarwiając pieśni zróżnicowanym akompaniamentem liry korbowej (nieraz fragmentami wręcz tanecznymi). Slobodan Markovic zagrał za to tradycyjnie i surowo. Rozpoczął od pieśni o dziewczynie z miasta okolonego murami, którą śpiewał wcześniej Jacek Hałas – można więc było porównać oryginał z polską interpretacją. Bardzo podobał mi się występ Markovica i uważam, że zaproszenie na festiwal Wołochów wniosło do imprezy znacznie więcej niż wszystkie występujące na rynku gwiazdy. Na koniec zaśpiewał Tim Eriksen – amerykański pieśniarz wykonujący hymny i pieśni pierwszych amerykańskich osadników. Koncert świetnie się zapowiadał, niestety ze względu na późną porę musiałem uciec na nocny PKS po kwadransie. Zamierzam jednak nadrobić tę zaległość na jarosławskich Pieśniach Naszych Korzeni, na których również Eriksen zaśpiewa. Pierwsze trzy utwory narobiły mi apetytu.
W niedzielę przyjechałem na dwa koncerty na Rynku Głównym. Najpierw zaśpiewała Joanna Słowińska z zespołem. Trochę głupio krytykować gospodarzy, ale koncert niezbyt przypadł mi do gustu. Muzycy postanowili urozmaicić trochę repertuar wplatając motywy żydowskie, cygańskie, bałkańskie, rosyjskie. Trochę to wszystko jednak się rozmyło. W porównaniu do koncertu z Nowej Tradycji, czy zeszłorocznych Rozstajów, mniej było jazzu i piosenki aktorskiej, a więcej piosenki estradowej. Fajna była za to nowa wersja utworu „Znak” przearanżowanego na nutę cygańską i zagrana na bis żydowska piosenka satyryczna o kolonii na Madagaskarze.
Na koniec bardzo mocny finał – Gypsy Queens and Kings – projekt przygotowany przez muzyków rumuńskiej orkiestry dętej Fanfare Ciocarlia, którzy do współpracy zaprosili cygańskie gwiazdy z różnych części Europy. Koncert miał formę wielkiego widowiska – oczywiście bez dymów, laserów czy multimedialnych projekcji za to z własnym napięciem, dramaturgią i bohaterami. Napięcie stopniowo narastało – od kameralnego początku w stylu gypsy-flamenco po finałowe pieśni Esmy Radzepovej. Oczywiście można by narzekać, że to muzyka mocno zwesternizowana, daleka od korzeni, momentami może trochę efekciarska, ale naprawdę trudno było oprzeć się grze zgromadzonych muzyków. Okazuje się, że można zrobić dużą, spektakularną imprezę na Rynku, która nie będzie obciachem ani „cepelią”, a spodoba się zarówno „rozstajowej” publiczności jak i przypadkowym turystom.
Niestety nie dotarłem już do klubu festiwalowego. Niedziela wieczór nie jest chyba dobrą porą na imprezę do rana (nie wiem czy była do rana, ale tak ją zapowiadali organizatorzy). Owszem są wakacje, ale nie każdy je ma, nie każdy może wziąć urlop. No i w końcu na Rozstaje przyjeżdżają tez ludzie z odległych miast, do których muszą jakoś wrócić. Ale w sumie festiwal oceniam wysoko. Owszem, nie wszystko mi się podobało, ale pieśni epickie, tańce wołoskie i „cygańscy królowie i królowe” na długo pozostaną mi w pamięci.


Najbliższe wydarzenia
